Los Krzysztofa Duckiego zapisany był niemal w gwiazdach. Bezspornie wskazuje na to fakt, że część swego dzieciństwa spędził w Przasnyszu, słynnym z dawnych targów końskich miasteczku, które przecina rzeczka na nazwie Węgierka. Słowo to oznacza w języku polskim jednocześnie kobietę węgierską, gatunek śliwki i fajkę piankową. Dopiero po długich latach okazało się, która z tych nazw może mieć związek z przeznaczeniem Duckiego. Ale opłaciło się to długie wyczekiwanie – rzuca nagle na stępie artysta grafik, dając tym samym dużo do zrozumienia.
– Urodziłem się i rosłem w Warszawie. Do ósmego roku życia 24-metrowe mieszkanie, będące jednocześnie kuchnią i pokojem, dzieliłem z rodzicami i dwojgiem rodzeństwa. Żyliśmy w trudnych warunkach, pieniądze były wydzielane co do ostatniego grosza. Wodę i opał przez cały okrągły rok przynosiliśmy z podwórka. Dlatego w ubiegłym roku, kiedy z okazji stulecia urodzin Attili Józsefa, odwiedziliśmy dawne mieszkanie rodziny Józsefów przy ulicy Gát, będące tak samo kuchnią z pokojem jednocześnie, nie byłem zaskoczony, jak inni. W okresie wakacji natomiast jeździłem do dziadków do Przasnysza (wymówienie nazwy miasteczka przez Węgrów może spowodować uleczalne w okresie ponad 8 dni zapalenie ucha!) i czułem się tam u nich wprost znakomicie. Chłopaki z okolic wołali mnie, zachęcali do wspólnych zabaw i udziału w różnego rodzaju psotach, plądrowaniu ptasich gniazd itp, ale nie dawałem się namówić. Raczej czytałem – już w wieku pięciu lat znałem abecadło – trzymając w jednej ręce książkę, w drugiej pajdę chleba z marmoladą. Tak się pogrążałem w czytaniu, że nawet, gdyby mi zamieniono chleb na kawałek drewna, to i tak bym nie zauważył, gryząc dalej. Czasami zanurzałem nogi w rzece Węgierce, ale zawsze pozostając na brzegu, ponieważ pływać nauczyłem się dopiero w wieku osiemnastu lat.
– Czy wcześnie zacząłeś rysować?
– Dosyć wcześnie i do chwili obecnej rysuję ręcznie. I na sukces też nie musiałem długo czekać. Jako uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej wygrałem konkurs na rysunki o warszawskiej Starówce. Z wdzięcznością wspominam moich nauczycieli, którzy tak serdecznie się mną zajęli i kupili mi za własne pieniądze materiały do rysowania i akwarele. Byłem raczej samotnym dzieckiem, nie za bardzo przyjaźniłem się z rówieśnikami. Mój ojciec pracował w drukarni i po odrobieniu lekcji chodziłem do niego. Grzebałem w szufladach kaszty zecerskiej, tu i tam układałem czcionki ołowiane, słuchałem hałasu maszyn podobnych wówczas jeszcze do prastarych potworów. I oczywiście dostawałem tyle papieru do rysowania, ile tylko chciałem. A przede wszystkim śledziłem każdy ruch ojca, który był prawdziwym artystą w swym zawodzie. Kiedy w 1982 r. ukończyłem warszawską Akademię Sztuk Pięknych – u profesora Janusza Stannego na wydziale projektowania i ilustracji książek – właściwie mógłby wraz ze mną odebrać dyplom.
Do ilustracji namówił mnie Péter Gémes, kolega z wydziału, który, niestety, już nie żyje. Przez jakiś czas wydawało mi się to pewnym zarobkiem. Przede wszystkim swoimi pracami uszczęśliwiałem Przegląd Techniczny i czasopismo drukujące powieści pt. Rakieta.
Jeszcze na dwa lata przed ukończeniem studiów w życiu Krzysztofa pojawiła się wspomniana na wstępie Węgierka, czyli węgierska kobieta (nie śliwka węgierka i nie fajka piankowa) – Ágnes Dolányi. Ági przyjechała do Polski z grupą pielgrzymkową i zatrzymała się u państwa Duckich, którzy w tym czasie już zdążyli przeprowadzić się do większego mieszkania. Znajomość wyglądająca początkowo na przejściową przerodziła się w korespondencję i wzajemne odwiedziny, a trzy lata później zakończyła się ślubem.
– Przez dwa lata mieszkaliśmy w Warszawie, dopiero w 1982 zapuściliśmy korzenie na Węgrzech. Stosunkowo szybko znalazłem sobie pracę, jako dekorator w FŐMO. Z pięcioosobową brygadą robiliśmy reklamy filmowe, które w czasie zmiany programu w czwartki zawieszali nad drzwiami stu budapeszteńskich kin. Co tydzień musieliśmy przygotować własnoręcznie 150 metrów kwadratowych malowideł, czy padało, czy wiało. Po ośmiu latach odłożyłem pędzel, ponieważ mianowano mnie doradcą graficznym przedsiębiorstwa. Dekorację uważałam za dobrą szkołę, pożyteczne nowe doświadczenie, tym bardziej że oprócz tego mogłem zajmować się też własną twórczością artystyczną.
Krzysztof Ducki nie należy do samotnych, zamkniętych we własnym kole artystów. Szuka kontaktów i współpracy z kolegami działającymi na polu grafiki. Prawie 20 lat temu w 1987 r. założył wespół z Istvánem Oroszem, Sándorem Pinczehelyi i Péterem Pócsem grupę DOPP, która przekształciła się w 2005 r. 13-osobowe Towarzystwo Węgierskiego Plakatu. Ich godnym uwagi celem jest rozsławienie dobrego imienia węgierskiego plakatu, nadanie mu odpowiedniej rangi nie tylko w kr aju, ale i za granicą. Ze swoimi wystawami dotarli już do czterech kontynentów, pozostała im jeszcze tylko Afryka i Antarktyda… Jeśli idzie o tę ostatnią, są trochę niepewni.
Mają za sobą zagraniczne drogi triumfalne a to tu, a to tam. Ducki krytycznie ocenia sytuację węgierskiej sztuki plakatowej, aczkolwiek nie używa słowa „kryzys”. Brakuje mu we współczesnym plakacie koncepcji, ważnej treści zarówno w plakacie o treści kulturalnej, jak i politycznej.
– Niedawno wypowiadałeś się na łamach „Népszabadság” że ku twej rozpaczy plakat ponownie został zepchnięty do sal wystawowych. Wielu to zaskoczyło. Czyż nie wystawy dają prawdziwe uznanie zawodowe artystom i skierowują na nich uwagę publiczności?
– Ulica jest życiodajną substancją plakatu. Jeśli on stąd zniknie, możemy na niego położyć krzyżyk. Ja sam zrezygnowałbym nawet z dziesięciu wystaw za sukces uliczny mego plakatu. Przygotowanie wystawy, wybór pokazywanych prac jest działaniem zastępczym.
– Zdaniem znanego historyka sztuki, Jarosława Wojciechowskiego, plakat musi szokować ludzi. Czy rzeczywiście powinien szokować?
– Nie, on powinien prowokować. Szok wywołuje przerażenie, gwałtowne uczuciowe zawahanie i przeminie. Prowokacja natomiast zachęca do odpowiedzi, zajęcia stanowiska. A to ogromna różnica.
– Wielokrotnie wypytują Duckiego o to, jaki jest dobry plakat, oczekując dokładnej odpowiedzi. Jeśli pytają po raz setny, po raz setny wyjaśnia, a przecież mógłby skwitować to tak, aby nie przebiegali tak przez ulice, lecz przynajmniej rzucili okiem na słupy z naklejonymi plakatami, wówczas wcześniej czy później sami potrafiliby wybrać te najlepsze.
László Ábrán, listopad 2006 r.
plakat, ilustracja, emblemat, projektowanie książki i prasy, opakowania, malarstwo, rysunek, fotografia, scenografia
Niektóre artykuły w jęz. polskim
László Ábrán: PROWOKOWAĆ CZY SZOKOWAĆ (2006)
István Orosz: JAK ROBIĆ DOBRY PLAKAT? (2006)
Grzegorz Łubczyk: ULICA SALONEM WYSTAWOWYM (2006)
Krystyna Steffens: "JÓ NAPOT KÍVÁNOK!" i co dalej? (2008)
Niektóre artykuły w jęz. węgierskim
Keresztes Dóra: FEHÉR, PIROS – PIROS, FEHÉR, ZÖLD (2006)
Bajkay Éva: DUCKI KRZYSZTOF, MÉG PLAKÁTOS (1998)
Ábrán László: A SOKK KEVÉS - PROVOKÁLJON A PLAKÁT (2006)
Szilvay Gergely: LENGYEL MENEKÜLTEK, PLAKÁTOK ÉS A VARSÓI GYORS (2010)